


Inwestycje w Polsce przechodziły wieloletni regres i z wielkim trudem odbiły się od dna. Jeszcze w latach 2004-2005 – pomimo dynamiki PKB przekraczającej 6% - nie wykazywały wielkiego wzrostu. Co zdecydowało, ze teraz wzrosły i to tak dynamicznie? W 2006 roku o 20%, w 2007 o ponad 30%. Tłumaczę to kilkoma czynnikami:
• nigdy w poprzednich latach przedsiębiorstwa nie wykazywały tak wysokiej rentowności (rentowność netto w gospodarce ponad 5%), co pozwoliło im na zakumulowanie środków, które można teraz przeznaczyć na inwestycje;
• w polskich firmach podstawowym sposobem finansowania inwestycji są środki własne, przedsiębiorstwa więc bardzo ostrożnie podejmują decyzje, wahają się, czekają na ustabilizowanie sytuacji gospodarczej;
• kredyty w latach dekoniunktury były bardzo drogie i przedsiębiorstwa nie miały warunków do ich uzyskania – teraz warunki kredytowania są korzystniejsze;
• inwestycje zostały zasilone środkami z Unii Europejskiej, wzrasta też napływ do Polski bezpośrednich inwestycji zagranicznych (FDI).
Te czynniki wskazują, że wejście inwestycji na ścieżkę wzrostu może mieć charakter trwały.
Podkreślam to, gdyż inwestycje są głównym czynnikiem kreującym popyt w budownictwie. Przez wiele lat przechodziło ono bardzo bolesny regres. Bardziej niż inne dziedziny gospodarki. Od trzech lat budownictwo jest sektorem o najwyższej dynamice wzrostu. Po ośmiu miesiącach 2007 roku osiągnęło 27% wzrostu, a końcowe dane za rok 2007 wykażą zapewne dynamikę na poziomie 25-30%. Na dobrą koniunkturę w 2006 i 2007 roku zapracowało przede wszystkim budownictwo mieszkaniowe i wykończeniowe. Budownictwo mieszkaniowe będzie nadal wzrastało, ale to nie ono przesądzi o dynamice całego sektora – stanowi zaledwie ok. 15% całej jego produkcji. Motorem wzrostu w następnych latach będą budownictwo drogowe i inne infrastrukturalne. Ich dynamika powinna utrzymać się w następnych latach i kreować wzrost całego sektora. Wskazują na to także wszystkie programy publiczne i wszystkie czynniki kreujące popyt.
Dobre perspektywy na następne lata nie powinny nam przesłaniać zagrożeń, które nie spowodują wprawdzie załamania dynamiki, ale mogą ją osłabić. Jakie są te bariery, które - wg ocen przedsiębiorstw – najsilniej powodują ograniczenia działalności? Najwięcej, bo ponad 50% przedsiębiorstw zgłasza barierę braku pracowników i rosnących kosztów zatrudnienia. W okresie regresu zatrudnienie w budownictwie drastycznie zmalało, pracownicy odeszli do innych sektorów, wyemigrowali. Teraz okazuje się, że tych ludzi w dużym stopniu nie można już odzyskać. Trudno jednak ocenić liczbowo tę barierę zatrudnienia – oceny wskazujące na brak ok. 150 tys. pracowników nie są zbyt pewne, ale brak pracowników jest faktem. Ten czynnik będzie się utrzymywał w dalszym ciągu, gdyż jednym z głównych jego powodów jest poziom płac. Przedsiębiorstwa mają już pieniądze i mogłyby płacić więcej – i faktycznie, płace w budownictwie rosną najszybciej. Jeśli jednak spojrzymy nie na dynamikę, a na poziom płac to widać, że osiągnięty został poziom ok. 800 euro miesięcznie brutto. I chyba nie znajdzie się nikt, kto by twierdził, że są to już place konkurencyjne, zwłaszcza gdy znaleźliśmy się już w strefie Schengen.
Barierą, która wielu zaskoczyła, jest bariera materiałowa. Przez wiele lat przyzwyczailiśmy się do posiadania rozbudowanej bazy materiałowej dla budownictwa. I to do materiałów nowoczesnych, gdyż od połowy lat 90-tych większość branż tego sektora została zmodernizowana przy dużym udziale kapitału zagranicznego. Teraz, oprócz zaskoczenia zbyt małą ilością, wzrost koniunktury w budownictwie zaowocował naturalnie szybkim wzrostem cen – ceny materiałów budowlanych wzrosły najszybciej w całej gospodarce i ten wzrost najprawdopodobniej się utrzyma.
Myślę, że narastającym problemem będzie też zjawisko tzw. szarej strefy. Nie ma to wprawdzie znaczenia dla dużych firm, ale już dziś budownictwo prawie połowę produkcji uzyskuję z nowych lokalnych przedsiębiorstw, a tam szara strefa prosperuje całkiem dobrze.
Bariery będą więc narastać, będą też wzrastać jakościowe i techniczne wymagania wobec budownictwa. Jednak przewaga czynników dynamizujących wskazuje, że koniunktura w budownictwie będzie trwała. Będą duże programy inwestycyjne, fundusze unijne będą lepiej wykorzystywane, będzie impuls związany z Euro 2012. Gospodarka utrzyma się na fali wzrostowej, wysokie wskaźniki rentowności się utrzymają i podtrzymają skłonność do inwestowania. Pomimo to przestrzegam jednak przed nadmiernym optymizmem i euforią – przezorność to cecha, której nigdy nie za dużo.
Zofia Bolkowska
Profesor Wyższej Szkoły Zarządzania i Prawa w Warszawie,
Ekspert wielu Izb gospodarczych
Trzy tematy, o których chciałbym mówić to po pierwsze - nie przesadzać z informatyką, z nowymi czasami. Po drugie - co musi uwzględniać strategia rozwoju. Trzecia sprawa - o deficycie budżetowym.
W pierwszym punkcie powiem tylko, że ciągle jeszcze nosimy bieliznę nieinformatyczną, jemy nieinformatyczne jedzenie, mieszkamy w nieinformatycznych domach, kupujemy, wyjeżdżamy za granice, itp. itd. W całkowitym popycie ciągle jeszcze dobra i usługi starego typu mają dominującą rolę. Dlaczego o tym mówię? Dlatego że w takim kraju jak Polska, która znajduje się nie na froncie technologicznym, ale raczej jest zapóźniona, można jeszcze bardzo dużo wygrać przez przejmowanie już istniejących rozwiązań technologicznych. To jest jeden z przywilejów krajów zacofanych, że mogą niejako za darmo korzystać z tego, co już stworzone. Jestem za tym – oczywiście - żeby podnieść niesłychanie niskie wydatki na badania naukowe, ale nie zapominajmy, że jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia w zakresie tego co już jest dostępne. O ile zaś chodzi o szukanie nowych dróg, to pamiętajmy, że wtedy bardzo ważna rola wyboru czegoś pozostaje państwu. I oczywiście wybór taki jest ryzykowny. Tu można się pomylić, ale pójście szerokim frontem na pewno się nie uda.
Drugi punkt, o którym chcę powiedzieć, to taki, że strategia rozwoju nie może ona być typu „Washington consensus”, w sensie recepty dobrej dla wszystkich krajów. W każdym kraju istnieją szczególne warunki. W Polsce istnieje ściana wschodnia, istnieją małe miejscowości, istnieją resztki po PGR-ach i istnieje wreszcie pewna struktura ludności, która była bardzo korzystna, teraz zmieniła się na mniej korzystną i oczywiście strategia długotrwałego rozwoju powinna te rzeczy uwzględniać. To musza zrobić ludzie, którzy się na tym znają. Mnie się wydaje, że te elementy, które wymieniłem, powinny być uwzględnione.
Wreszcie trzecia sprawa – traktowanie deficytu budżetowego. Ktoś powiedział, że nie ma nic bardziej praktycznego jak dobra teoria. Ja chciałem to uzupełnić, że nie ma nic bardziej niepraktycznego jak błędna teoria. Wielokrotnie słyszałem utyskiwania na deficyt budżetowy, że trzeba go koniecznie wyrównać itp. itd. Przygotowałem więc dane, które pokazują, że deficyt budżetowy nie jest wyjątkiem, ale jest regułą. Dla Unii Europejskiej w latach 1974 - 2007 pokazują deficyt budżetowy w wysokości 3,1% średniorocznie. W Niemczech - 1,5%, w USA - za 50 lat 2,8% i w Polsce za okres (dostępny w Eurostacie), za 12 lat - 4,4%. Jeśli jako reguła - a jeszcze można dodać Japonię z podobnymi wskaźnikami - wszędzie występuje długoterminowy deficyt budżetowy, to trzeba zapytać, czy rzeczywiście powodem tego jest lekkomyślność ministra finansów? Czy może za tym kryją się pewne prawidłowości ekonomiczne? Te prawidłowości - zaraz wymienię liczby - kryją się w tym, że sektor prywatny i gospodarstw domowych oszczędzają więcej niż inwestują. Albo inaczej mówiąc: ich bilans finansowy jest dodatni. Dla Wspólnoty Europejskiej średnio 2,9%, dla Niemiec - 2,5%, dla Ameryki - 1,6%, dla Polski - 1,6%. To nie znaczy, że w tym czy w następnym roku też tak będzie. Szacuję, że za 2007 rok w Polsce będzie wynik minusowy. Ale skłonność do oszczędzania gospodarstw domowych i przedsiębiorstw prywatnych długoterminowo jest wyższa niż skłonność do inwestowania. Jeśli tak jest, to te oszczędności, które gospodarstwa domowego pragną mieć, muszą znaleźć - na mocy tożsamości - sektory, które będą gotowe się zapożyczyć. Nie jestem wcale entuzjastą deficytu budżetowego. On ma wiele ujemnych stron. Ale jeśli skłonność do oszczędzania jest wyższa niż skłonność do inwestowania to na problem redukcji deficytu budżetowego trzeba spojrzeć też z zupełnie innego punktu widzenia.