Europejski obszar nauki
Okazuje się, że na badania naukowe w Unii Europejskiej przeznacza się 1,84% łącznego PKB, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych 2,67%, w Japonii 3,17%, a Korei Płd. 2,99%. Polska z nakładami wynoszącymi zaledwie ok. 0,57% PKB mieści się w dolnej części listy państw europejskich. Za nami są tylko Słowacja, Bułgaria, Cypr i Rumunia. I od czasu uchwalenia przed 8 laty tzw. Strategii lizbońskiej , która zobowiązywała kraje unijne do zwiększenia wydatków na badania do co najmniej 3% PKB, sytuacja w zasadzie nie uległa zmianie.
Ponadto struktura sektora badawczo - rozwojowego zarówno w Unii, jak i szczególnie w Polsce, pozostawia wiele do życzenia. Okazuje się bowiem, ze w skali świata około 70 % całej aktywności badawczej odbywa się w przedsiębiorstwach prywatnych. I ma to odbicie w liczbie zatrudnionych badaczy. I tak, w USA aż 75% personelu badawczego pracuje w przedsiębiorstwach prywatnych. W Japonii ponad 66%, a w Unii Europejskiej tylko niespełna 50%. Pod tym względem szczególnie niekorzystnie wypada nasz kraj, bowiem w Polsce tylko około 16% badaczy zatrudnionych jest w instytucjach prywatnych. Reszta z tej blisko 80 tysięcznej armii pracuje na uczelniach (około 60%), oraz w innych przedsiębiorstwach państwowych (24%). Tak więc można powiedzieć, że polska nauka jest nadal państwowa.
Jeśli idzie o wyniki pracy polskich naukowców, to są one niezłe w dziedzinie nowej wiedzy, przedstawianej w artykułach zamieszczanych w pismach honorowanych na osławionej „liście filadelfijskiej”. Z blisko 300 artykułami na milion mieszkańców polskie publikacje to 1,51% wszystkich, jakie rocznie ukazują się na świecie. W przeliczeniu na milion mieszkańców jest to tylko 2 razy mniej, niż wynosi średnia dla państw unijnych. Natomiast fatalnie jest w zakresie patentów. W Europejskim Urzędzie Patentowym udział Polaków jest na poziomie 4 wynalazków na milion mieszkańców, czyli ponad 30 razy mniej niż wynosi średnia dla wszystkich krajów unijnych. Potwierdza to statystyka naszego eksportu produktów zaliczanych do tzw. „high-tech”. W tej dziedzinie polski eksport to tylko 0,15% puli światowej. Oznacza to, że w przeliczeniu na milion mieszkańców eksport zaawansowanych technologicznie towarów z Polski jest aż 17 razy mniejszy niż w całej Unii Europejskiej.
Potrzebny nam przełom innowacyjny. Oby miał skalę taką, jak lawinowy wzrost kształcenia na poziomie wyższym. W tej dziedzinie bowiem, jeśli policzyć liczbę absolwentów wyższych uczelni (około 490 tys. w roku 2004) to okaże się, że w przeliczeniu na milion mieszkańców jesteśmy ponad półtora razy lepsi, niż wynosi średnia unijna. Tak więc Polska staje się jednym z najlepiej wykształconych krajów Europy. Niestety tylko 12% wszystkich absolwentów to ci, którzy studiowali wydziały nauk ścisłych i inżynieryjnych, od których może zależeć postęp w innowacyjności krajowego przemysłu. . W Unii Europejskiej ten odsetek przekracza 22%.
Zastanawiamy się nieustannie, jak poprawić tę sytuację. Większość osób wypowiadających się na ten temat postuluje – i słusznie – zwiększenie finansowania budżetowego krajowej nauki. Bowiem w bieżącym roku założenia budżetowe przyjmują to finansowanie jedynie na poziomie ok. 0,35% PKB, co nijak się ma do osławionej strategii lizbońskiej. Ale pieniądze to nie wszystko. Nie nastąpi prawdziwy przełom w krajowej innowacyjności, jeśli nauka nadal pozostanie państwowa. Naukę musimy sprywatyzować. Oczywiście nie namawiam do wystawienia na sprzedaż Politechniki Warszawskiej, AGH, czy Politechniki Wrocławskiej. Drogą do rozsądnej prywatyzacji jest takie ustawienie zasad podatkowych, aby przedsiębiorstwom prywatnym opłacało się tworzyć ośrodki badawcze i naukowe. Ta tendencja jest już dostrzegalna w wielu krajach europejskich. Uważam że jej skala w Polsce powinna być szczególnie duża, powinna być na miarę zaległości w innowacyjności naszej gospodarki.




